Do przeliczenia mieli po pięć kart wyborczych na osobę – w 265-milionowym kraju do urn poszło 80 proc. spośród 193 mln uprawnionych do głosowania obywateli.

Niespotykana liczba ofiar śmiertelnych wśród pracowników komisji to czarne żniwo jednodniowych wyborów powszechnych w trzeciej co do wielkości demokracji świata (po Indiach i USA). Dodatkowo wysiłek, jakim było ręczne liczenie głosów w pośpiechu, skwarze i wilgoci, 1878 członków komisji wyborczych przypłaciło chorobami – podał portal CNN Indonezja, powołuje się na dane centralnej komisji wyborczej w Dżakarcie.

To był wyczyn logistyczny

Indonezja poszła do urn 17 kwietnia. Głosowali mieszkańcy ośmiu tysięcy wysp (kraj liczy ich 18 tys., ale część jest bezludna). W 800 tys. lokali wyborczych „rozsypanych” na długości pięciu tysięcy kilometrów, bo tyle liczy archipelag, harowała 6-milionowa armia wolontariuszy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej