Nagranie ma 18 minut. Widoczny na nim mężczyzna, ubrany w tradycyjny arabski strój i jasną wojskową kamizelkę, siedzi po turecku, wygodnie rozparty na rozłożonych na podłodze poduszkach, za nim oparty o ścianę karabin. Jest spokojny, mówi powoli, klasycznym arabskim, oszczędnie gestykulując. Zwraca się do trzech siedzących naprzeciwko towarzyszy, ich twarze są zamazane.

Choć jest znacznie tęższy, a w bujnej brodzie częściowo zafarbowanej henną ma zdecydowanie więcej siwych włosów, mężczyzna z nagrania to niewątpliwie Abu Bakr al-Bagdadi. Ten sam, który latem 2014 r. wszedł na ambonę wielkiego meczetu w irackim Mosulu, by obwieścić światu powstanie islamskiego kalifatu rozciągającego się na ogromnych połaciach Syrii i Iraku (Islamic State in Iraq and Syria – ISIS).

Nie ustawajcie, atakujcie z całych sił!

Chociaż od jego ostatniego pojawienia się upłynęło pięć lat, a po samozwańczym imperium, które zbudował, nie ma dziś śladu, 47-letni Irakijczyk, którego prawdziwe nazwisko brzmi Ibrahim Awwad Ibrahim al-Badri, najwyraźniej nie stracił na wojowniczości.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej