Serią skoordynowanych ataków na kościoły katolickie i hotele na Sri Lance Państwo Islamskie (Islamic State in Iraq and Syria – ISIS) przypomniało, że wciąż jest groźne. Ten zamach był głośny, bo zatrważająca była liczba ofiar: co najmniej 250 zabitych. Ale niejedyny. Jeszcze w tym samym dniu terroryści spod czarnej flagi zaatakowali posterunek policji w Arabii Saudyjskiej. W ciągu poprzednich dwóch tygodni ISIS przyznało się do ataków w 11 innych krajach, m.in. w Mali, Demokratycznej Republice Konga, Rosji, Egipcie, Nigrze, Nigerii, Pakistanie.

Jak to możliwe? Samozwańczy kalifat jest przecież w ruinie. Międzynarodowa koalicja zdołała odebrać w zasadzie wszystkie ziemie zdobyte przez tę organizację w latach 2014-15 w Syrii i Iraku. Liczebność ISIS skurczyła się do kilku tysięcy bojowników, reszta poległa albo uciekła. Szef gangu, Abu Bakr al-Bagdadi vel „kalif Ibrahim”, od miesięcy się ukrywa.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej