Stawką tego procesu była przyszłość wolnych mediów w Mjanmie (dawniej Birma). Obaj dziennikarze reprezentowali jej najlepsze oblicze. Młodzi, utalentowani, odważni zajęli się najtrudniejszym tematem w kraju: w 2017 r. pojechali do wioski Inn Dinn w stanie Rakhine, by sprawdzić doniesienie o zamordowaniu tam rok wcześniej przez wojskowych dziesięciu muzułmanów z ludu Rohingya, dorosłych i dzieci.

Dotarli na miejsce, ale był to koniec ich dochodzenia. Później w Rangunie wciągnięto ich bowiem w pułapkę – obiecując tajny dokument, zwabiono do jednej z restauracji i tam aresztowano.

Obu postawiono zarzut rodem z ustawy o oficjalnych tajnych danych (z czasów kolonialnych). Sąd okręgowy skazał ich na siedem lat. Ostatnie 16 miesięcy przesiedzieli w więzieniu.

Padli ofiarą policyjnej prowokacji

Nie pomogło wstawiennictwo agencji prasowych, organizacji międzynarodowych i zachodnich rządów. Gdy adwokaci zwrócili uwagę na to, że prokuratura nie przedstawiła dowodów zbrodni, zaś dziennikarze padli ofiarą prowokacji, oskarżenie milczało.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej