Marta Kiełczewska-Konopka: Jak pan ocenia stan paryskiej katedry Notre Dame, którą w poniedziałek 15 kwietnia strawił pożar?

François Chatillon: To ruina. Trzeba interweniować natychmiast, gdyż budynek nie jest ustabilizowany, degradacja będzie postępować, może być coraz gorzej. Nie można powiedzieć, że spłonęła tylko więźba dachowa. Pożar zniszczył stabilność całego gmachu, gdyż w gotyku każdy kamień podtrzymuje inny (to zresztą piękna metafora społeczeństwa). To architektura wyjątkowo krucha, niczym domek z kart. Nie wiadomo też, jaką rolę odgrywa rusztowanie wokół iglicy, które pod wpływem ognia się zdeformowało; waży 500 ton i być może podtrzymuje pewne elementy katedry.

Parafrazując żargon medyczny: życie nie jest już zagrożone, ale pacjent jest na reanimacji i nie wiadomo, jakie będą następstwa choroby. Czas jest głównym czynnikiem zarówno przy budowie, jak i odbudowie katedr. Trzeba zatem poczekać – czego ludzie teraz bardzo nie lubią – by wiedzieć na pewno, czy udało się ocalić Notre Dame. Przed nami mrówcza praca.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej