Ukraińcy to naród wiecznych optymistów, więc znajomi komentują zwycięstwo Zełenskiego w wyborach prezydenckich, mówiąc, że skoro gorzej już być nie może, to będzie tylko lepiej. Bo dziś Ukraina nie wykorzystuje w pełni możliwości, jakie dało jej zbliżenie z Unią Europejską: podpisanie umowy stowarzyszeniowej i umowy o pogłębionej strefie wolnego handlu, wreszcie bardzo ważnego dla naszego wschodniego sąsiada ruchu bezwizowego.

Ukraińcy mieli uzasadnione powody, by chcieć zmienić prezydenta. Korupcja, słabość władzy, powolne reformy, marazm, niskie pensje, brak pracy... Choć trzeba pamiętać, że kadencja Petra Poroszenki upłynęła podczas wojny z Rosją, która nie przebiera w środkach, by Ukrainę osłabiać i dyskredytować. Ukraińcy pod jego rządami wytrzymali presję, a sytuacja na wschodzie kraju – walki w Donbasie i utrata Krymu – stała się zaczynem nowej ukraińskiej tożsamości narodowej. Kraj dokonał historycznego wyboru: zerwał więzy z Moskwą i przybił do europejskiego portu, rozwija współpracę z NATO. To, że władza na Ukrainie zmienia się w demokratyczny sposób, jest tego potwierdzeniem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej