Kiedy policjanci przyszli po niego z nakazem aresztowania, były dwukrotny prezydent Peru powiedział, że musi zadzwonić, wszedł do swojego gabinetu, zamknął drzwi i po chwili się zastrzelił. Krótko potem zmarł z przestrzeloną głową w pobliskim szpitalu.

Młodość upłynęła mu pod szczęśliwą gwiazdą. Wychował się w domu współzałożycieli lewicowej partii APRA (Amerykański Rewolucyjny Sojusz Ludowy) i w kulcie jej założyciela, myśliciela i ideologa latynoskiego ruchu ludowego Victora Raula Hai de la Torre, którego zawołaniem było: „Ani Moskwa, ani Waszyngton!”.

Wykształcenie zdobyte w Limie, Madrycie i Paryżu, niebywały talent oratorski i wsparcie patrona - założyciela partii - utorowały mu drogę do błyskotliwej kariery w partii i parlamencie oraz prędko zaprowadziły go do władzy po zwycięskich wyborach prezydenckich w 1985 roku.

Kiedy zostawał prezydentem w wieku zaledwie 36 lat, był nie tylko pupilem de la Torre, ale też objawieniem i nadzieją milionów biednych, wykluczonych Peruwiańczyków, którym obiecywał awans społeczny, przywrócenie godności oraz to, że dzięki niemu zostaną wreszcie gospodarzami kraju i pełnoprawnymi obywatelami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej