Urny wyborcze z ośmiu tysięcy wysp (Indonezja ma ich 17 tys., ale część jest niezamieszkała) wędrują od dziś do komisji wyborczej w Dżakarcie na łodziach, koniach i osłach lub na ludzkich plecach, przez rzeki, dżungle i górskie zbocza.

W Indonezji inaczej niż w Indiach, gdzie wybory trwają sześć tygodni, wszystko rozstrzyga się w jeden dzień – to największe głosowanie bezpośrednie na świecie. Jednego dnia liczący 264 mln mieszkańców kraj wybiera nie tylko prezydenta i parlament, ale także gubernatorów i merów. O 20 tys. stanowisk ubiega się 245 tys. kandydatów.

Trzeba dostarczyć na czas różne karty do głosowania do 800 tys. lokali wyborczych. Niektóre z nich znajdują się gdzieś w górach, inne na odległych wyspach. Trzecia demokracja świata należy też do najbardziej skomplikowanych na planecie, ale ma opinię wyjątkowo skutecznej.

Oficjalne wyniki za miesiąc

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej