Demonstracje uliczne w odstępie jednego tygodnia doprowadziły do odsunięcia od władzy przywódców Algierii i Sudanu – pierwszy, Abd al-Aziz Buteflika, rządził przez 20 lat, drugi, Omar al-Baszir, o dekadę dłużej. Do protestów dochodzi też w Maroku i Jordanii. W Libii wojna domowa weszła z fazy zimnej w gorącą, gdy armia najsilniejszego z generałów zajęła pola naftowe na południu i ruszyła na Trypolis.

Nasuwa się naturalne skojarzenie z arabską wiosną AD 2011, która obaliła patriarchów Tunezji, Egiptu, Libii i Jemenu. Czy słusznie?

Tło niezadowolenia społecznego wtedy i teraz jest takie samo. Przez osiem lat w regionie niewiele się zmieniło – a jeśli, to na gorsze

Mówi się, że tamta arabska wiosna była walką o godność. Zapewne dlatego, że iskrą pierwszych demonstracji w Tunezji było samospalenie sprzedawcy warzyw, zrozpaczonego skonfiskowaniem mu wózka przez policję. W Syrii protesty od początku miały postulaty polityczne. Jednak gdy spojrzeć wnikliwiej, wszystko da się sprowadzić do sytuacji ekonomicznej. Tak jest i teraz: w Sudanie i Algierii (a nieco wcześniej w Iranie) źródłem niezadowolenia, które wypchnęło ludzi na ulice, były rosnące koszty życia, bezrobocie, brak perspektyw.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej