Skrajna lewica mówi o „pożyczce ludowej”, a skrajna prawica – o „pożyczce patriotycznej”, ale chodzi o to samo: by obywatele pożyczyli im pieniądze na kampanię przed wyborami europejskimi. To dla nich deska ratunku w sytuacji, gdy banki odmawiają im kredytów.

Francuskim bankom trudno się dziwić, że nie chcą działać wbrew swoim interesom, finansując organizacje, które otwarcie głoszą chęć osłabienia Unii Europejskiej, wyprowadzenia z niej Francji i opuszczenia przez nią strefy euro. Jako oficjalną przyczynę odmowy kredytu podają konieczność przestrzegania zasady neutralności politycznej.

Szefowa skrajnie prawicowej partii Zjednoczenie Narodowe (RN, dawniej FN – Front Narodowy) Marine Le Pen nie waha się jednak oskarżać banków o „prześladowanie opozycji”. Według niej jest to sytuacja „nie do usprawiedliwienia”.

Francuskie prawo dopuszcza możliwość pożyczania pieniędzy partiom przez obywateli, ale ogólna kwota takiej pożyczki nie powinna przekraczać 2 mln euro, czyli połowy sumy, którą państwo zwraca partiom, jeżeli te przekroczą w wyborach próg 3 proc. głosów. Marine Le Pen zaapelowała do rodaków, aby wpłacali na rzecz jej partii sumy nie mniejsze niż tysiąc euro. Obiecała im zwrot tej „pożyczki patriotycznej” z 5-proc. zyskiem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej