Po wielogodzinnych obradach szczyt UE w nocy ze środy na czwartek odroczył brexit maksymalnie do 31 października. Maksymalnie, bo Brytyjczycy mogą opuścić Unię wcześniej, ratyfikując umowę rozwodową. Jeśli nie uczynią tego do 23 maja, będą musieli przeprowadzić wybory do Parlamentu Europejskiego.

Unijni przywódcy nie byli jednomyślni: niektórzy przebąkiwali o odroczeniu do końca roku, szef Rady Europejskiej Donald Tusk sugerował nawet wiosnę 2020 r. Z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron wolał czerwiec tego roku, obawiając się, że brexit będzie paraliżował Unię i odciągał uwagę od innych spraw. Stanęło pośrodku.

Wszyscy liczą na to, że w „doliczonym czasie gry” Londyn znajdzie sposób na wyjście z impasu. W ostatnich miesiącach Westminster trzykrotnie odrzucił wspomnianą umowę. Unia wyklucza jej renegocjację, ale jest gotowa na zmiany w deklaracji politycznej o przyszłych relacjach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej