Przywódcy Unii od tygodni rozprawiali o warunkach, które musiałby spełnić Londyn, by otrzymać zgodę na kolejne odsunięcie wyjścia z UE. Wymieniano decyzję o powtórnym referendum, rozpisanie przyspieszonych wyborów do Izby Gmin albo finiszujące rokowania ponadpartyjne o ratyfikowaniu umowy brexitowej. Premier Theresa May nie spełniła żadnego z tych wymogów. Ale na środowym szczycie okazało się, że dla Unii ważniejsze od tych warunków są obawy przed „brudnym brexitem” bez żadnej umowy między Londynem. To oznacza, że całkiem możliwe jest kolejne odroczenie rozwodu jesienią, o czym zresztą zaczęto rozprawiać w Brukseli już kilka godzin po szczycie.

Lęk Unii przed „brudnym brexitem”, który do niedawna był wykorzystywany tylko jako polityczny straszak wobec Londynu (a nie przez Londyn wobec Unii), to efekt wyliczeń wielkich kosztów gospodarczych chaotycznego rozwodu. A także obaw przed zawirowaniami politycznymi między Wlk. Brytanią i krajami kontynentu, które przecież – mimo brexitu – powinny pozostać kluczowymi partnerami i sojusznikami w NATO. Jednak przy zgodzie Unii na półroczne odroczenie brexitu zagrała – oprócz prognozowanych strat oraz niechęci części przywódców do szybkich i rozstrzygających decyzji – determinacja części Unii, by w sprawie Wlk. Brytanii utrzymać na stole wszystkie opcje, w tym całkowite wycofanie się Brytyjczyków z decyzji o rozwodzie z Unią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej