Od czwartku turecka lira straciła 7 proc. wartości. Powodem wyprzedaży była wieść, że bank centralny od początku marca wykorzystał do obrony jej kursu jedną trzecią rezerw walutowych kraju.

Prezydent Recep Tayyip Erdogan, podkreśliwszy na czwartkowym wiecu, że to on kieruje gospodarką, zareagował jak zwykle: obwinił spekulantów. Wszczęto dochodzenie przeciwko bankowi inwestycyjnemu JPMorgan, który doradzał klientom sprzedaż tureckiej waluty. Banki dostały zakaz pożyczania zagranicznym podmiotom liry, żeby uniemożliwić otwieranie kolejnych tzw. krótkich pozycji (inwestorzy pożyczają walutę lub papiery wartościowe, aby sprzedać je na rynku, co prowadzi do spadku kursu; następnie próbują odkupić je taniej i zwracają pożyczkę, zatrzymując sobie zysk pomniejszony o prowizję).

Ale ten zabieg tylko na chwilę powstrzymał wyprzedaż liry. Dodatkowo inwestorzy zaczęli się pozbywać tureckich obligacji i akcji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej