Większość komentatorów uważa, że decyzja o dymisji jest jedyną, którą może jeszcze podjąć premier.

Tym bardziej po poniedziałkowym wieczorze, gdy ujawniła się skala kolejnej wewnątrzpartyjnej rebelii przeciwko jej rządowi – aż 30 parlamentarzystów Partii Konserwatywnej (wśród nich trzech ministrów, którzy w tym celu zrezygnowali ze stanowisk w rządzie) poparło wymierzoną w rząd uchwałę parlamentarzysty Olivera Letwina. Dzięki nim uchwałę przyjęto – większością zaledwie 27 głosów.

Ta grupa to nie wyjątek, tylko raczej reguła – od miesięcy premier jest zakładniczką Jacoba Rees-Mogga i jego zrzeszającej kilkudziesięciu zwolenników twardego brexitu European Research Group (ERG). Jej członkowie skutecznie blokują przyjęcie wynegocjowanej przez premier umowy.

Zgodnie z uchwałą Letwina po raz pierwszy od ok. 130 lat zawieszona zostanie zasada, że to rząd ustala porządek obrad. W środę to parlamentarzyści, a nie rząd, będą decydować o porządku obrad podczas debaty i głosowań wskazujących kształt brexitu. Choć ich decyzje nie będą prawnie wiążące dla rządu, to nikt nie wyobraża sobie, że Theresa May jest w stanie jeszcze narzucić parlamentowi swoją wolę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej