Według brytyjskich mediów premier Theresę May ma zastąpić – jako premier techniczny – obecny wicepremier David Lidington. Na wyłonienie trwałego nowego przywództwa poranionej Partii Konserwatywnej dziś nie stać.

Bo też wśród torysów nie ma dziś żadnego polityka zdolnego zjednoczyć coraz bardziej poróżnione frakcje Partii Konserwatywnej i skłonić je do przyjęcia jednolitego frontu w Izbie Gmin.

Pozycja premier May została chyba nieodwracalnie podważona w ubiegłym tygodniu, gdy spiker Izby Gmin John Bercow ogłosił, że kolejne głosowania umowy rozwodowej z Unią są nie do przyjęcia.

Od tego czasu – i czwartkowego szczytu UE w Brukseli – May jest cieniem samej siebie, a pozostaje na Downing Street już tylko dlatego, że dla każdego z jej rywali objęcie przywództwa w skłóconej partii, która nie ma większości w parlamencie, byłoby pocałunkiem śmierci.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej