Uczciwe plany zagospodarowania przestrzennego w miejsce budowlanej samowolki, miasta przyjazne mieszkańcom i środowisku, uczciwe i przejrzyste zarządzanie. Do tego nowe stadiony, domy kultury i parkingi, „miejska transformacja” na całego, i to z poszanowaniem tradycji i historii poszczególnych regionów – a wszystko to z użyciem technologii chroniących przed trzęsieniami ziemi.

To tylko kilka z 11 punktów przedwyborczego manifestu ogłoszonego przez Recepa Tayyipa Erdogana. Przed wyborami samorządowymi 31 marca prezydent obiecuje też Turkom, że decyzje dotyczące miast będą omawiane z ich mieszkańcami, a magistraty zamienią się w swoiste platformy wymiany poglądów. Słowem: złote miasta, szklane domy i ogólny dobrobyt.

Wojna cebulowa

Brzmi dobrze, i musi tak brzmieć, by przynajmniej częściowo odrobić straty, jakie rządząca AKP notuje w związku z kryzysem ekonomicznym. Dziś jest co prawda lepiej niż w sierpniu ubiegłego roku, gdy lira zaliczyła rekordowy spadek (za jednego dolara trzeba było zapłacić ponad 7 lir), ale sytuacja i tak nie wygląda różowo. „Szukam chętnych, którzy złożą się ze mną na zakup szczypiorku” – napisał na Facebooku jeden z mieszkańców Izmiru. Pod postem zamieścił zdjęcie z supermarketu: pęczek zieleniny w zawrotnej cenie 18 lir, podczas gdy do niedawna płaciło się za niego raptem kilka. – Co się stało w ciągu roku, że cena kilograma cebuli wzrosła o 231 proc., zaś papryki o 155 proc.? Obiecali jednocyfrową stopę inflacji, a wrócili do wyniku z 2004 roku! – grzmiał lider opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej (CHP) po ogłoszeniu przez tureckie ministerstwo finansów prognoz na 2019 rok. – Zatłoczone kiedyś bazary świecą dziś pustkami – perorował, zaznaczając, że rząd obwinia o wzrost cen rolników i handlowców.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej