Do strajku 19 marca wezwało osiem central związkowych, w tym dwie spośród trzech największych – CGT i FO. Główne postulaty kierowane przy tej okazji do władz to wzrost płac, rewaloryzacja emerytur i „sprawiedliwość podatkowa”. Łatwo zauważyć, że żądania związkowców w dużej mierze pokrywają się z hasłami ruchu „żółtych kamizelek”.

Łatwo też zrozumieć, że związki chcą nie tylko przechwycić hasła, ale i zająć miejsce tego ruchu w sercach i umysłach opinii publicznej. Pojawienie się „żółtych kamizelek” było wstrząsem zarówno dla władz oraz klasy politycznej, jak i dla związków zawodowych. Całe swoje (duże) wpływy opierały one od dziesięcioleci na praktycznie gwarantowanym ustawowo monopolu na obronę praw pracowniczych i walkę o rozmaitego typu dobra socjalne.

A tu nagle ludzie zwołują się przez internet i masowo wychodzą na ulice, by właśnie o to walczyć. I w ogóle nie oglądają się na związki zawodowe, które równie nagle i niespodziewanie znajdują się na marginesie frontu walki o interesy średnio i mało zarabiających Francuzów. Kiedy więc i w sondażach, i na ulicach dało się dostrzec, że „żółta fala” traci na wielkości i sile, związki nie przeoczyły okazji, by o sobie przypomnieć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej