„Kluczowych” tygodni dla brexitu ogłaszano już wiele, ale nadchodzący naprawdę zasługuje na to miano. W czwartek szczyt UE zadecyduje, czy przychylić się do spodziewanej prośby Downing Street o przełożenie rozwodu (w zeszłym tygodniu taką instrukcję przegłosował brytyjski parlament). Wcześniej zaś – najprawdopodobniej we wtorek – premier Theresa May po raz trzeci poprosi posłów o poparcie wynegocjowanej przez nią umowy rozwodowej z Brukselą. W połowie stycznia Westminster odrzucił ją różnicą 230 głosów, w zeszłym tygodniu – 149 głosów.

Od wyniku nowego głosowania zależy, na kiedy zostanie przełożony brexit. Jeśli umowa w końcu przejdzie, unijna dwudziestkasiódemka powinna się zgodzić na „techniczne” odroczenie o kilka tygodni: zamiast 29 marca rozwód nastąpiłby w maju lub czerwcu, by Brytyjczycy mieli czas na wdrożenie odpowiedniej legislacji. W takim przypadku Wyspiarze nie uczestniczyliby w majowych eurowyborach, bo pierwsze posiedzenie Parlamentu Europejskiego zaplanowano dopiero na 2 lipca.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej