Marta Urzędowska: Saudyjkom od pół roku wolno prowadzić samochody. Cieszą się?

Manal asz-Szarif*: Bardzo. Wreszcie zdobyły trochę niezależności, nie muszą godzinami czekać, aż ktoś je gdzieś zawiezie. Zainteresowanie jest tak wielkie, że aby zapisać się na kurs prawa jazdy, trzeba miesiącami czekać w kolejce. Koleżanki codziennie przysyłają mi zdjęcia – a to nowego samochodu, a to właśnie odebranego prawa jazdy.

Ale jest też druga strona medalu – paradoksalnie ta zmiana nie ma nic wspólnego z prawami kobiet. Ze strony władz to skalkulowana na zimno czysto ekonomiczna decyzja. W kraju dzieje się źle, wojna w Jemenie kosztuje krocie i rząd wie, że potrzebuje kobiet jako siły roboczej. Jeśli więcej Saudyjek nie zacznie pracować, to nigdy nie wykaraskają się z gospodarczych kłopotów. A do tej pracy trzeba przecież jakoś dojeżdżać.

Jeśli ktoś jeszcze się łudzi, że wpuszczenie Saudyjek za kierownicę dowodzi, iż Saudowie dbają o ich prawa, przypominam, że wszystkie aktywistki, które o to walczyły i zostały w kraju, siedzą dziś w więzieniu. Rządzący krajem następca tronu książę Muhammad ibn Salman nie wspiera kobiet, reformy, którymi się chwali, to jedno wielkie kłamstwo. Człowiek, który pakuje feministki i aktywistki za kratki, nigdy nie będzie poważnym reformatorem.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej