By przekonać kraje Unii Europejskiej, że Ludmiła Kozłowska stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa, dyplomaci pracujący dla rządu PiS sięgali po wszelkie środki. MSZ pisało noty, wzywało na dywanik ambasadorów, a wiceszef dyplomacji Bartosz Cichocki zamieszczał na Twitterze gniewne komunikaty, wypominając sojusznikom brak lojalności.

Do tego prezydent Andrzej Duda osobiście skarżył się w tej sprawie swojemu niemieckiemu odpowiednikowi. A prawicowi publicyści mówili nawet o wypowiedzeniu Polsce wojny.

Wszystko na nic. Belgijskie władze pozwoliły aktywistce przebywać na ich terytorium przez pięć lat. Polskie zastrzeżenia uznano za niewiarygodne.

Kozłowska: To represje za antyrządowe protesty 

Kozłowska, która kieruje fundacją Otwarty Dialog, na celowniku polityków PiS i wspierających ją mediów znalazła się w 2017 r., gdy zaangażowała się w protesty przeciwko przejęciu przez rząd kontroli nad sądownictwem. Rok później szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wpisał ją do Systemu Informacyjnego Schengen i oznaczył najwyższym alertem. Oznaczało to, że mająca ukraiński paszport działaczka dostała zakaz wjazdu do większości krajów Unii Europejskiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej