W 2014 r. Hoda Muthana, urodzona w USA studentka na Uniwersytecie Alabamy, powiedziała rodzicom, że jedzie na wycieczkę do Atlanty. W rzeczywistości wypisała się z uczelni i za pieniądze z czesnego wyjechała do Turcji, a stamtąd do Syrii, żeby dołączyć do Państwa Islamskiego.

Jej dalszy los był typowy: zamknięto ją w żeńskim dormitorium, gdzie podobne do niej poszukiwaczki przygód czekały, aż wybierze je sobie na żonę jakiś bojownik. Hodzie dostał się Australijczyk o pseudonimie „Abu Dżihad”, czyli ojciec dżihadu. Ona przyjęła imię „Umm Dżihad” – matka dżihadu.

Tłumaczy się „ignorancją” i „praniem mózgu”

ISIS było wtedy u szczytu potęgi, w szybkim tempie zajmowało kolejne syryjskie i irackie miasta. Aparat propagandowy organizacji nawoływał muzułmanów z całego świata, by przyjeżdżali do świeżo utworzonego „kalifatu” albo dokonywali zamachów w swoich krajach.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej