Premier Izraela, który dopiero co narobił sporo zamieszania w Warszawie, w Moskwie zawsze udowadnia, że jednak wie, jak postępować w gościach.

9 maja ubiegłego roku nie tylko jako jedyny liczący się światowy polityk był na defiladzie zwycięstwa i z trybuny przed mauzoleum Lenina na placu Czerwonym podziwiał czołgi, ale też poszedł wiele kroków dalej.

Obok gospodarza Kremla i pewnie miliona moskwian paradował w dorocznym marszu „Nieśmiertelnego Pułku”. Ten marsz to nowa świecka tradycja rosyjska, zgodnie z którą naród każdego 9 maja wychodzi na ulice miast, niosąc portrety krewnych, którzy brali udział w wojnie ZSRR z III Rzeszą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej