Ledwie dwa miesiące wcześniej Donald Trump ogłosił szybkie wycofanie wszystkich 2 tys. amerykańskich żołnierzy z Syrii, ponieważ „pokonaliśmy Państwo Islamskie, a to jedyny powód, dla którego tam byliśmy”. Decyzja nie wzbudziła entuzjazmu sojuszników USA w Syrii ani w Ameryce. Padały argumenty, że wycofanie Amerykanów może umożliwić dżihadystom odbudowę sił, że byłoby to równoznaczne z oddaniem Syrii wrogom USA – Rosji i Iranowi – i że Kurdowie, bez których nie dałoby się wygrać wojny z ISIS, nie zasługują na to, by teraz ich wydać na pastwę Turcji.

Generałowie i urzędnicy nadzorujący bezpieczeństwo narodowe próbowali przekonać prezydenta; do dymisji podał się sekretarz obrony Jim Mattis. Jakiś skutek to odniosło, bo Trump szybko odroczył wycofanie do kwietnia, a teraz Biały Dom poinformował, że w Syrii jednak zostanie 400 żołnierzy. Połowa będzie stanowić „siły pokojowe” na ziemiach kurdyjskich w północno-zachodniej części kraju. Druga połowa pozostanie w bazie al-Tanf na południowym wschodzie, przy granicy z Jordanią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej