W Buenos Aires, gdzie na przełomie listopada i grudnia miał miejsce szczyt G-20, zachodni przywódcy uciekali przed saudyjskim księciem koronnym Mohammedem bin Salmanem (zwanym w skrócie MBS). Chronili się do windy czy skręcali w boczne korytarze, by nie znaleźć się z nim na jednym zdjęciu. Świat był bowiem wciąż pod wrażeniem brutalnego mordu na dziennikarzu dysydencie Jamalu Khashoggim w saudyjskim konsulacie w Stambule jesienią ubiegłego roku. Za zleceniodawcę uznano właśnie następcę tronu. Rijad do dziś nie chce ponieść za to odpowiedzialności.

Tamto upokorzenie drażliwy na punkcie swego wizerunku młody książę próbował sobie odbić w tym tygodniu w Azji. W Islamabadzie, Delhi i Pekinie przyjęto go z otwartymi ramionami. W Pakistanie premier Imran Khan udekorował go najwyższym odznaczeniem tego kraju, a w Indiach premier Narendra Modi złamał protokół, jadąc po księcia na lotnisko i serdecznie go ściskając, choć MBS oficjalnie nie jest jeszcze głową państwa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej