Dziennik najbardziej podpadł władzom w 2015 r., gdy opublikował wyniki śledztwa, z którego wynikało, że reżim Recepa Tayyipa Erdogana potajemnie finansował i zbroił ISIS w Syrii. Prezydent, wspierając islamskich terrorystów, zamierzał zwalczać wojujących z nimi Kurdów wspieranych przez Stany Zjednoczone. Obawiał się, że będą chcieli stworzyć w północnej części Syrii swoją autonomię, co zdestabilizuje sąsiednią Turcję.

Poszlaki zamiast dowodów winy

Publikacja była politycznym wstrząsem dla rządzących. Aresztowanych zostało kilkudziesięciu dziennikarzy i pracowników „Cumhuriyet”. Can Dundar, ówczesny naczelny dziennika, musiał z tego powodu zbiec za granicę. Obecnie przebywa w Niemczech. Jego proces toczy się zaocznie.

W ubiegłym roku sądy wydały wyroki na dziennikarzy, skazując ich na od 2,5 do 7,5 roku pozbawienia wolności. Przebieg procesów krytykowała międzynarodowa społeczność. Sądom za dowody winy często wystarczało to, że w czasie pisania artykułów oskarżeni kontaktowali się z członkami kurdyjskiej Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), uznawanej przez Turcję i UE za organizację terrorystyczną.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej