Gdy w zeszłym tygodniu premier Beniamin Netanjahu powiedział w kuluarach konferencji bliskowschodniej w Warszawie, że Polacy kolaborowali z nazistami, premier Mateusz Morawiecki postanowił nie jechać do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W zastępstwie wysłał szefa MSZ Jacka Czaputowicza. Gdy w niedzielę p.o. ministra spraw zagranicznych Israel Katz powiedział w wywiadzie, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”, Warszawa odwołała i tę wizytę.

Orban żałuje, ale robi swoje

Tym samym odwołano (w dyplomatycznym języku przełożono) cały szczyt, bo bez udziału Polski nie można mówić o spotkaniu Grupy Wyszehradzkiej. W zeszłym tygodniu prezydent Andrzej Duda spontanicznie zaproponował, by szczyt grupy przenieść z Izraela do prezydenckiego zameczku w Wiśle. Temat nie został jednak podjęty.

Premierzy Czech, Słowacji i Węgier: Andrej Babisz, Peter Pellegrini i Viktor Orban i tak polecieli do Izraela. Tyle że na spotkania dwustronne z premierem Netanjahu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej