Obecny kryzys rozpoczął się od nowelizacji ustawy o IPN, która była potrójnym oszustwem. Rzekomo była reakcją na używanie w świecie zwrotu „polskie obozy koncentracyjne”, lecz w tekście w ogóle się do niego nie odnosiła. Narzucała wizję polskich postaw wobec Żydów podczas II wojny światowej sprzeczną z wiedzą historyczną i relacjami świadków. Oparta była na przekonaniu, że wiedzę historyczną mogą kształtować rządy i sądy. To się musiało skończyć fiaskiem, i tak też się skończyło.

Deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu oraz usunięcie z nowelizacji artykułów karnych, prezentowane jako zakończenie kryzysu, niczego w istocie nie załatwiły.

Deklaracja sugerowała, że ratowanie Żydów było w okupowanej Polsce postawą dużo bardziej rozpowszechnioną niż ich mordowanie, podczas gdy było dokładnie odwrotnie. Przyjęcie tej deklaracji było pozornym sukcesem rządu polskiego, gdyż sankcjonowało jego podstawową tezę propagandową. Netanjahu się pod tym podpisał, by mieć szczyt Wyszehradu w Jerozolimie; z tego samego powodu nie reagował np. na chwalenie kolaborującego z III Rzeszą Horthyego przez rząd Orbana.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej