– Jest zjawiskowa, gdy fachowo kopie im tyłki – mówi jeden z gości pewnej kawiarni w San Francisco do kolegi, po czym z nutką dumy w głosie dodaje, że "ma znajomego, który ma znajomego, który mieszka w dystrykcie, który ona reprezentuje”. Zwykle prowadzone tu rozmowy dotyczą sztuki, spraw lokalnych albo wspomnień ze złotych czasów kontrkultury. Polityka, zwłaszcza ta waszyngtońska, to ostatni z tematów, jaki interesuje stałych bywalców tej staroświeckiej kafejki położonej w ulubionej przez bohemę dzielnicy miasta.

Jeśli więc można podsłuchać tam pełną ekscytacji wymianę zdań na temat postaci działającej na odległym o cztery i pół tysiąca kilometrów Kapitolu, to znak, że coś się dzieje.

Czy senator ma prawo nie wiedzieć, na czym zarabia Facebook

Na co dzień nie tylko środowisk artystycznych nie interesuje to, co dzieje się na Kapitolu. Większości Amerykanów Kongres kojarzy się z miejscem albo pogrążonym w politycznym klinczu, albo zajętym "politics as usual” (polityką jak zwykle), czyli załatwianiem spraw establishmentu, korporacji, ludzi wpływowych i bogatych. W sondażach Gallupa niezadowolenie z jego pracy od dekady wyraża około 80 proc. respondentów.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej