Amal pochodzi z Darfuru, ma 31 lat i jedenastoletniego syna. Półtora roku temu została zaatakowana przed drzwiami swojego kairskiego mieszkania – pamięta jedynie obcego mężczyznę, który przyłożył jej do ust jakąś szmatę. Obudziła się po tygodniu we własnym łóżku. Bliscy opowiedzieli jej, że po sześciu dniach od porwania podrzucono ją pod drzwi – brudną, z dużym opatrunkiem na brzuchu. Bez jednej nerki.

Historię Sudanki opisuje „Haarec”. Według izraelskich dziennikarzy jej historia to żaden wyjątek. Kobieta przyznaje zresztą, że kiedy zwróciła się po pomoc do UNHCR, agendy ONZ pomagającej uchodźcom, na miejscu spotkała dziesiątki osób, które straciły organy w taki sam sposób i teraz co miesiąc przychodzą prosić o leki.

Dramat Amal nie skończył się na wycięciu nerki – porywacze nadal ją prześladują, grożąc jej śmiercią, jeśli nie przestanie opowiadać o tym, co przeszła.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej