W minionym tygodniu saudyjski rząd ogłosił koniec kampanii skierowanej przeciwko własnej elicie. Trwała ona od listopada 2017 r., kiedy to książę Mohammed bin Salman uwięził wielu prominentnych biznesmenów i członków rodziny królewskiej w luksusowym hotelu, dopóki nie zrzekli się swych majątków i wpływów. Urząd antykorupcyjny podsumował, że w rezultacie kampanii 87 osobom odebrano aktywa warte 107 mld dol. Na koniec zwolniono jeszcze saudyjsko-etiopskiego miliardera Husseina Al-Amoudiego, który musiał zawrzeć jakąś ugodę z Rijadem, ale jej warunki nie są znane.

Wciąż więzione są natomiast aktywistki, które domagały się przyznania kobietom w Arabii Saudyjskiej prawa do prowadzenia samochodu. Ale nie są zapomniane.

W piątkowym wstępniaku „Washington Post” wzywa, by nie normalizować relacji z Rijadem, dopóki działaczki nie zostaną zwolnione. W poniedziałek raport na ich temat przedstawiła specjalna komisja parlamentu brytyjskiego. Mówi on, że kobiety „były poddane nieludzkiemu, brutalnemu traktowaniu: więziono je w izolatkach, pozbawiano snu, bito, grożono śmiercią”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej