Zmęczeni kryzysem ludzie wyszli na ulice w rocznicę rewolucji, która obaliła innego prezydenta pół wieku temu. Okoliczności były zaskakująco podobne, z jedną różnicą: mająca od wczoraj silne międzynarodowe wsparcie opozycja wciąż nie przekonała do siebie wojska.

Unia Europejska oświadczyła, że „głos ludu nie może być ignorowany”. Trump z kolei ostrzegł Maduro przed użyciem przez reżim siły wobec protestujących. „Wszystkie opcje są na stole” - ogłosił prezydent USA.

W czwartek w odezwie do narodu minister obrony Vladimir Padrino oskarżył opozycję, USA i sąsiadów o zamach stanu, który może skończyć się krwawą wojną domową.

Maduro ogłosił w czwartek, dzień po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z USA, że zamknięte zostaną wszystkie amerykańskie placówki dyplomatyczne w kraju. Dodał, że w rozmowach telefonicznych z prezydentami Meksyku i Urugwaju zgodził się na rozmowy rządu z opozycją, by "rozwiązać kryzys polityczny".

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej