Najgorzej by było, gdyby burza dyplomatyczna odbiła się na polskich rodzinach w Norwegii, którym konsul Sławomir Kowalski od lat pomaga w sporach z Urzędem ds. Ochrony Dzieci (Barnevernet).

W poniedziałek Norwegia ogłosiła, że domaga się odwołania Kowalskiego z uwagi na jego „działalność niezgodną z rolą dyplomaty”. Konsul miał się zachowywać agresywnie wobec urzędników i zakłócać ich pracę. Dostał trzy tygodnie na wyjazd. W środę Warszawa odmówiła spełnienia tej prośby. Polski MSZ uznaje, że zarzuty są bezpodstawne, a pracę konsula ocenia dobrze.

Znam Kowalskiego osobiście, dyskutowałem z nim o Barnevernecie wiele razy, pracując nad książką „Dzieci Norwegii”. Nie zgadzam się z jego niemal jednoznacznie negatywną oceną tej instytucji, ale przyznaję, że dwoił się i troił, by pomagać Polakom, ilekroć urzędnicy popełnili błąd. Nasłuchałem się wielu takich historii od zdesperowanych matek, które zderzyły się z norweskim systemem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej