Wybuchu spontanicznych protestów nikt się nie spodziewał. Tymczasem w aż 60 dzielnicach i osiedlach stolicy, w większości biednych i dotąd stanowiących bastiony reżimu, w nocy z poniedziałku na wtorek mieszkańcy wyszli na ulice, wykrzykiwali hasła skierowane przeciwko rządom prezydenta Nicolasa Maduro, budowali minibarykady i palili opony. Tysiące innych ludzi ze strachu przed policją pozostało w domach, ale swój protest wyrażało, waląc donośnie w garnki i patelnie przy szeroko otwartych oknach. Wenezuelczycy pomstowali na nędzę, drożyznę, braki na rynku, bałagan i załamanie się podstawowych usług, jak dostawy prądu. Domagali się też wprost ustąpienia Maduro.

Policja, dotąd spokojna o wierne władzy dzielnice biedy, które reżim utrzymywał dzięki systemowi rządowego wsparcia i dostaw taniej, dotowanej żywności, nie patyczkowała się z demonstrantami i brutalnie ich zaatakowała. Obserwatorium konfliktów społecznych naliczyło kilkadziesiąt starć jej oddziałów z mieszkańcami. Co najmniej jedna osoba zginęła (szesnastolatek).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej