Theresa May wróciła do Izby Gmin po zeszłotygodniowej druzgocącej porażce umowy wynegocjowanej przez nią z Brukselą. Kto się spodziewał, że po rozmowach z politykami innych partii wymaże swoje „czerwone linie”, mógł być zawiedziony: premier sprzeciwiła się wezwaniom, by rozważyć przedłużenie negocjacji lub drugie referendum. Nie zająknęła się o unii celnej, którą postuluje opozycyjna Partia Pracy. Zapowiedziała konsultacje z posłami na temat kontrowersyjnej kwestii irlandzkiej granicy, a następnie ponowne rozmowy z Brukselą.

W odpowiedzi lider opozycyjnej Partii Pracy wypalił, że ignoruje wynik zeszłotygodniowego głosowania, w którym przegrała 230 głosami, a jej zaproszenie do międzypartyjnych rozmów to „PR-owe oszustwo”. Jeremy Corbyn nie wziął w nich udziału, bo zażądał najpierw wykluczenia przez rząd brexitu „na dziko”, czyli wyjścia z UE bez żadnej umowy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej