Reżim Maduro wciąż nie uznaje legalnie wybranego w 2015 r. parlamentu, ignoruje jego istnienie i rządzi dekretami. Powołał za to posłuszne sobie zgromadzenie konstytucyjne, które jednak nie ma żadnego znaczenia, bo prezydent i tak rządzi przy pomocy posłusznej mu administracji, policji i wojska.

Maduro zaprzysiągł się sam na nową kadencję 10 stycznia przed trybunałem wyborczym po zwycięstwie w ubiegłorocznych wyborach, których wyniku nie uznaje ani opozycja, ani społeczność międzynarodowa.

Nie posłuchał Unii Europejskiej, Organizacji Państw Amerykańskich ani USA, które nie uznają jego mandatu i wezwały do rozpisania rzeczywiście wolnych wyborów oraz uwolnienia więźniów politycznych. Reżim ma również w nosie osobne stanowisko 13 krajów Ameryki Łacińskiej (tzw. Grupy z Limy) wzywające go do ustąpienia, a społeczność międzynarodową – do pomocy w rozwiązaniu coraz gorszego kryzysu humanitarnego, który na kraj ściągnęły autorytarne i nieudolne rządy Maduro.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej