Zaczęło się w niedzielę. „Rozpoczęliśmy uderzenie w cele Al-Kuds na terenie Syrii. Ostrzegamy syryjskie siły zbrojne, żeby nie odpowiadały. Niech nie próbują atakować izraelskich sił ani izraelskiego terytorium” – brzmiało lakoniczne oświadczenie izraelskiej armii opublikowane wieczorem na Twitterze.

Izraelczycy wyjaśniają, że posłali bombowce nad Damaszek, bo kilka godzin wcześniej Irańczycy z Al-Kuds, czyli elitarnej jednostki Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej, wystrzelili z Syrii rakietę w kierunku Izraela. Została ona przechwycona przez Żelazną Kopułę, czyli izraelski system antyrakietowy. Na wszelki wypadek jednak Izraelczycy zamknęli po ataku popularny kurort narciarski na górze Hermon.

Ajatollahowie nie musieli długo czekać na reakcję. Izraelczycy w nocy z niedzieli na poniedziałek ostrzelali irańskie składy broni i posterunki w pobliżu lotniska w Damaszku, a kiedy Syria odpowiedziała ogniem – zbombardowali też syryjskie baterie obrony powietrznej, zabijając cztery osoby, najpewniej Syryjczyków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej