Nagranie ma niecałą minutę, widać na nim zatłoczoną ulicę. Chodnikiem, przy którym zaparkowały samochody, idzie kilka osób – wśród nich kobiety i mały chłopiec. Kiedy mijają miejscową restaurację Pałac Książąt, następuje eksplozja. Płomienie ogarniają przechodniów. Jedna z kobiet upada na ziemię, chłopiec zatyka uszy, próbuje uciekać.

Nagranie z kamery przemysłowej zainstalowanej w centrum miasta Manbidż na północy Syrii pokazuje moment ataku terrorysty samobójcy z ISIS. Choć we wczorajszym zamachu zginęło dziewiętnaście osób, w większości Syryjczyków, celem – jak pochwalili się w sieci terroryści – byli amerykańscy żołnierze, którzy często zatrzymywali się tu, by coś zjeść, kiedy razem z kurdyjskimi peszmergami patrolowali miasto.

Na miejscu zginęło dwóch żołnierzy, cywilny pracownik armii i wysłannik Departamentu Obrony. Trzech kolejnych żołnierzy jest rannych. Informację o ofiarach potwierdza amerykańskie dowództwo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej