Wejście zagrodzono taśmą, a o przyczynach jej zawieszenia informuje stosowny komunikat. Ale w jednym miejscu ktoś taśmę zerwał i po parku mimo zamknięcia kręcą się ludzie. Na posterunku nie ma za to obsługi, z kubłów na śmieci wylewa się zawartość. Tak na początku tygodnia, w kolejnym dniu najdłuższego w historii zawieszenia funkcjonowania rządu federalnego, wyglądał krajobraz w parku Land’s End w San Francisco.

Bezbronna przyroda

Podobnie jest w setkach takich miejsc w całym kraju – to właśnie w finansowanych z budżetu federalnego parkach narodowych lepiej niż gdzie indziej widać skutki odcięcia dopływu pieniędzy z Waszyngtonu. Podczas gdy 80 proc. ich pracowników przebywa na przymusowych urlopach, pozbawiona nadzoru przyroda pada ofiarą ludzkiej beztroski i głupoty.

W Kalifornii od kilku dni głośno jest zwłaszcza o sytuacji w parku Joshua Tree (którego nazwę spopularyzował album U2 o tym samym tytule), słynącym z rosnących tam pod ochroną juk krótkolistnych. W niedostatecznie nadzorowanym parku doszło w ostatnich dniach do licznych aktów wandalizmu: ludzie parkują samochody gdzie popadnie, niszczą publicznie mienie, śmiecą, a nawet ścinają rzadkie drzewa, by utorować sobie drogę w niedostępne normalnie miejsca.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej