Od tygodnia Andres Manuel Lopez Obrador tępi zorganizowany na wielką skalę w całym kraju systematyczny rabunek paliw z państwowego koncernu naftowego Pemex. Prezydent, który zaraz na początku swojej kadencji zapowiedział, że walka z korupcją będzie jednym z jego głównych celów, stracił cierpliwość, gdy się dowiedział, że lawinowo rosnący w ostatnich trzech latach zorganizowany rabunek paliw kosztuje państwo co najmniej 3 mld dol. rocznie.

Rząd nakazał zatem zamknąć jedną trzecią sieci 13 krajowych rurociągów o łącznej długości 17 tys. km, którymi tłoczy się ropę i benzynę do zbiorników w 32 stanach Meksyku. Zamknięcie rurociągów miało pomóc ustalić, gdzie gangi przestępców wwiercały się w rury i odsysały kradzione paliwo. Do pilnowania sieci rząd wysłał jednocześnie kilka tysięcy żołnierzy piechoty morskiej.

Paliwa zaś zaczęto rozwozić po kraju wielkimi cysternami Pemexu. Ale jest ich tylko 5 tys. i nie nadążają z dostawami. W rezultacie na wielkich targowiskach towarowych, np. Abasto Central w stolicy Mexico City, gdzie codzienne przyjeżdża po towar ok. 62 tys. ciężarówek, obroty spadły o połowę. Bo wielu drobnych dostawców, np. żywności, którzy ją tu przywożą, oraz wielu hurtowników, którzy ją potem dostarczają do sklepów, nie ma benzyny i zostaje w domach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej