O piekle banglijskich fabryk zrobiło się na świecie głośno 24 kwietnia 2013 r., gdy w Rana Plaza, wielopiętrowym budynku mieszczącym fabryki odzieżowe na przedmieściach stołecznej Dhaki,wybuchł pożar. Gmach się zawalił, grzebiąc ludzi. Zginęły 1133 osoby, a ok. 2,5 tys. zostało rannych. Była to jedna z najbardziej dramatycznych współczesnych katastrof przemysłowych.

Sześć lat potem znowu mówi się o skandalicznych warunkach w banglijskiej odzieżówce. Tydzień temu robotnicy zbuntowali się przeciwko niskim płacom. Niepokoje ogarnęły przedmieścia stolicy, gdzie mieszczą się fabryki ubierające świat.

Niekończący się strajk grozi spóźnieniem zamówień dla firm H&M, Tesco czy Aldi, które szyją dziś w Bangladeszu. Widząc, że Chiny nie są już tanie, globalne marki przeniosły się do Azji Południowo-Wschodniej. Upodobały sobie Bangladesz, 165-milionowy kraj, gdzie płace należą do najniższych na świecie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej