560 tys. – tylu ludzi według danych Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka z grudnia oddało życie w ośmioletniej wojnie syryjskiej. Na próżno. Powstanie mające obalić Baszara al-Asada się nie powiodło, bo państwa udzielające wsparcia rebeliantom okazały się słabsze i mniej zdeterminowane od tych, które postanowiły reżimu bronić. Do tego rewolucja została w dużej części przejęta przez fundamentalistów islamskich – odtąd Asad i jego protektorzy mogli się prezentować jako rycerze na wojnie z terroryzmem.

Rehabilitacja dyktatora odpowiedzialnego za ogromną większość tych ofiar jest procesem powolnym, ale wyraźnie zaczyna nabierać tempa. Z Asadem właśnie zaczynają się godzić państwa arabskie, w tym te, które wcześniej wspierały sunnicką rebelię, widząc w niej szansę na rozbicie regionalnej potęgi Iranu. Pozostaje on też ważnym klientem Teheranu.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej