Do ataku doszło w ostatnią sobotę rano. Patrol złożony z kurdyjskich peszmergów i brytyjskich komandosów został ostrzelany przez bojowników ISIS we wschodniej Syrii. Dwaj Brytyjczycy zostali ranni, jeden z kurdyjskich żołnierzy zginął na miejscu.

– Ten atak pokazuje, że walka z ISIS jeszcze się nie skończyła, a radykałowie nadal mają dostęp do potężnej broni – tłumaczy w rozmowie z dziennikiem „Independent” wysokiej rangi brytyjski urzędnik zajmujący się sprawami bezpieczeństwa. – To zupełnie jak w Afganistanie, kiedy koalicja ogłosiła, że zaczyna się wycofywać, a w efekcie talibowie dostali nowy zastrzyk energii i poczuli, że warto się trzymać i walczyć – przypomina.

– ISIS nasila ataki właśnie dziś, przed wyjściem Amerykanów, by móc się chwalić, że wykurzyli ich z kraju – tłumaczy Brytyjczyk.

Wiatr w żagle terrorystów

Nie tylko Brytyjczykom nie pasuje amerykańska decyzja o wycofaniu się z Syrii. Trump zaskoczył nawet własnych doradców, kiedy w połowie grudnia obwieścił, że w miesiąc zabierze stamtąd wszystkich żołnierzy, a w dodatku o połowę zmniejszy amerykański kontyngent w Afganistanie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej