Sytuacja była o wiele poważniejsza, niż wydawało się to 29 listopada, gdy rządowy airbus A340 „Konrad Adenauer” w trybie awaryjnym lądował w porcie lotniczym w Kolonii oczekiwany przez wozy straży pożarnej i karetki pogotowia. Widok stąpającej po schodach odprężonej Angeli Merkel z parasolem w dłoni wówczas uspokajał Niemców. Na gorąco mówiono o awarii pokładowych systemów łączności. Dwa tygodnie później okazuje się, że problem dotknął też inne systemy.

– Ćwiczyłem takie sytuacje na symulatorze. Gdy kończyłem, nie wiedziałem, jak się nazywam. Piloci po wszystkim musieli być nieźle spoceni – mówi „Spieglowi” jeden z doświadczonych pilotów Lufthansy.

Pierwszy sygnał o awarii nadszedł już 30 minut po starcie z Berlina. „Konrad Adenauer” był wówczas nad Dolną Saksonią. Wyświetlacze w kokpicie zaczęły migotać, rozległ się sygnał alarmowy przerywany odtwarzaną przez komputer sekwencją „master caution”. Oznacza ona awarię, która zagraża bezpieczeństwu lotu. Chwilę później pojawił się komunikat o awarii zasilania. Załoga próbowała nawiązać kontakt z ziemią i powiadomić o usterce kontrolerów. Ale żaden system łączności nie działał. Przestawiła więc transponder, czyli system wyświetlający dane identyfikacyjne samolotu, na symbol 7600, który oznacza awarię radia, a z ziemią komunikowała się za pomocą telefonu satelitarnego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej