Tracy jest po pięćdziesiątce, mieszka w Londynie i pracuje jako sprzątaczka. Kiedy wyprowadziła się z mieszkania partnera, choć nie było jej stać na własny kąt, nie od razu wylądowała na ulicy. Najpierw przez półtora roku tułała się po schroniskach, pomieszkiwała w tanich lokalach dzielonych z kilkunastoma osobami.

– Nie byłam w stanie tak żyć – z tłumem obcych ludzi, z karaluchami. Już wolę spać w namiocie i myć się w centrum fitness, do którego kupiłam najtańszy karnet – opowiada w rozmowie z „The Independent”. – Żeby zdążyć do pracy na 6 rano, muszę wstać o 3.30; nocami bywa niebezpiecznie, ale najgorsze jest to, że ludzie traktują mnie jak śmiecia. Kiedyś spytałam jakąś kobietę o drogę, a ona dosłownie się na mnie rzuciła, bo była pewna, że żebrzę.

Już 320 tys. osób bez dachu nad głową

Tracy nie jest wyjątkiem. Eksperci alarmują, że liczba bezdomnych na brytyjskich ulicach gwałtownie rośnie – w ostatnim roku o 20 proc., w ciągu ostatnich pięciu lat aż o połowę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej