Pedro Sanchez, który objął władzę w kraju w lipcu tego roku, puszczał dotąd płazem zuchwałe separatystyczne zapowiedzi katalońskiego premiera Quima Torry. I nie godził się na żądania opozycji, by ponownie zawiesić autonomię regionu, bo w parlamencie w Madrycie jego mniejszościowy rząd potrzebuje głosów regionalnych partii narodowych. Teraz jednak sytuacja przybiera coraz bardziej dramatyczny obrót...

Madryt napomina Barcelonę – bez skutku

Najpierw premier Quim Torra zabronił autonomicznej policji katalońskiej interweniować, gdy bojówki skrajnych separatystów z Komitetów Obrony Republiki zablokowały w sobotę na wiele godzin drogi w tym autonomicznym regionie. Podobne blokady tydzień wcześniej katalońscy Mossos rozbili i przywrócili ruch. Wówczas jednak Torra się wściekł, bo komitety to jego sojusznik w kampanii na rzecz oderwania regionu od reszty kraju. Nakazał więc swemu ministrowi spraw wewnętrznych, by wyrzucił dowódców autonomicznej policji za atakowanie komitetów. Ten jednak go nie posłuchał,argumentując, że odblokowanie dróg było zgodne z prawem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej