Płonące barykady na Polach Elizejskich, obłok czarnego dymu z płonącego plastiku mieszający się z chmurą gazu łzawiącego. Spalone samochody, rozbite witryny luksusowych sklepów i restauracji, splądrowane bankomaty. Zabazgrany sprayem Łuk Triumfalny, rozbity posąg Marianny, symbol republiki.

Krajobraz Paryża po protestach „żółtych kamizelek”, oddolnego ruchu, którzy zatrząsł Francją (w sobotę 8 grudnia również), przypomina maj 1968 r., kiedy kraj objęła studencka rewolta. Wówczas strajkowały niemal wszystkie większe fabryki, studenci okupowali uczelnie, z ulic stolicy i innych miast nie schodziły wielkie demonstracje. Podczas starć z policją lała się krew.

De Gaulle ucieka helikopterem

Zaczęło się wtedy na jednym z kampusów Uniwersytetu Paryskiego. Tamtejsze władze zamierzały twardą ręką potraktować studentów, którzy przeprowadzili krótki protest przeciw nierównościom klasowym w kraju. Gdy na początku maja 1968 r. kampus zamknięto, a kilku niepokornym studentom zagrożono relegacją, miasto ogarnął pożar. Naprzeciw demonstracjom wyszli policjanci z pałkami i miotaczami gazu. W ich stronę poleciał bruk, a w poprzek ulic zaczęły wyrastać barykady. Władze, przekonane, że protest można zdławić siłą, przeliczyły się, a rewolta rozlała się na cały kraj. W protestach brał udział co piąty dorosły Francuz.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej