Wielkie świętowanie, jakie ogarnęło Mosul w lipcu zeszłego roku po wyzwoleniu spod władzy terrorystów z Państwa Islamskiego (ISIS – Islamic State in Iraq and Syria), zdaje się być dziś zamierzchłą przeszłością. Miasto, które przez trzy lata służyło ekstremistom za ich stolicę w Iraku, rozpoczęło trudny proces dźwigania się z ruin. Mosulczycy obserwują go i z nadzieją, i z bólem.

– Pojechaliśmy wszyscy, całą rodziną. Nie tyle wrócić, co sprawdzić, czy nasz dom jeszcze stoi – opowiada mi 64-letni Talal Shuker.

Kiedy dżihadyści wkroczyli do Mosulu, uciekł pod osłoną nocy wraz z żoną i dwiema córkami. Nie mieli nawet czasu się spakować. – Miasto już pogrążało się w chaosie, po drodze mijaliśmy ciała ofiar i spalone auta – wspomina.

Od tego czasu mieszkają w Zawicie nieopodal Dohuk, na północy kraju. Dwa tygodnie temu po raz pierwszy pojechali do Mosulu. – Gdy tam dotarliśmy, rozpłakaliśmy się. Wszystko obrócone w gruz. Tak sobie wyobrażałem Hiroszimę – przyznaje Talal.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej