Południe. Śpiewny głos muezzina wzywa wiernych na modlitwę do meczetu. Na głównej ulicy, Champs-Élysées, pyszni się kolorowy napis Matam Dimaszk – Restauracja Damaszek. Wzbijając tumany kurzu, przemykają dziesiątki kolorowych rowerów – prezent od władz Amsterdamu. Osiołki ciągną wózki wypełnione warzywami. Tuż obok sklepu z sukniami ślubnymi - drugi: z seksowną bielizną, w sam raz na noc poślubną. W cukierni sprzedawca zachwala baklawę, w knajpce naprzeciwko ustawia się kolejka po falafel. Obok sklepu z wózkami dziecięcymi właśnie otwiera się nowy – z zabawkami dla najmłodszych.

Klientów nie zabraknie, bo ponad połowa z blisko 80 tys. mieszkańców największego obozu dla uchodźców na Bliskim Wschodzie to dzieci. Już 12 tys. z nich, pytane o miejsce urodzenia, będzie zawsze odpowiadać: Zaatari.

Poczuć się jak w domu

Otoczone murem i drutem kolczastym szeregi blaszanych kontenerów równo rozstawionych wzdłuż zapylonych uliczek rzadko można dziś zobaczyć na czołówkach światowych mediów. Syryjczycy, którzy schronili się tu na chwilę, a zostali na lata, wiedzą, że ich historia dawno przebrzmiała. Podobnie jak sześć milionów rodaków tułających się po Jordanii, Libanie i Turcji, zrozumieli już, że okrutna wojna, przed którą uciekli, może trwać w nieskończoność, a oni – zamiast marzyć o powrocie – muszą urządzić się tu, gdzie są.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej