W mediach dużo się mówi o możliwości przywrócenia stanu wyjątkowego ogłoszonego po zamachach terrorystycznych w 2015 r. Pozwoliłoby to m.in. na zwolnienie znacznej liczby policjantów z obowiązku stałego chronienia budynków publicznych. W stanie wyjątkowym może to robić wojsko, a policja mogłaby zasilić szeregi sił porządkowych próbujących poradzić sobie z chuliganami. Sobotnie wydarzenia w Paryżu pokazały, że te szeregi są za małe.

W Pałacu Elizejskim zebrali się w niedzielę m.in.: prezydent, premier, minister spraw wewnętrznych i sekretarz stanu w MSW. Nie ogłoszono żadnego komunikatu, nic nie przeciekło do mediów. Macron zapowiedział, że nie zabierze głosu. Nie wiadomo więc, co szykują władze, by poradzić sobie z ruchem „żółtych kamizelek”.

Panuje powszechne przekonanie, że władze nie mogą sobie pozwolić na dopuszczenie do czwartej „czarnej soboty” w stolicy. W trzech seriach zajść 263 osoby odniosły rany, a 386 zatrzymano. W tę sobotę manifestowało ok. 136 tys. osób, a do starć z policją i podpaleń doszło też m.in. w Marsylii. Tymczasem w sondażach poparcie dla „żółtych kamizelek” sięga 70-80 proc.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej