Słowa, jakie w ubiegły czwartek padły z ust ambasadora Andrzeja Przyłębskiego, to kolejny dyplomatyczny zgrzyt z jego udziałem. Był to zgrzyt poważny.

– Ostatnie sto lat niemieckiej polityki wobec Polski było katastrofą – mówił Przyłębski w swoim wystąpieniu, wypominając, że w tej epoce „niemiecka arogancja ujawniła się w całej pełni, a niemieckie interesy stały zawsze na pierwszym planie”.

Słuchali go szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas oraz były przewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse, była koordynator ds. stosunków polsko-niemieckich prof. Gesine Schwann, politycy zasłużeni dla polsko-niemieckiego dialogu.

Słowa Przyłębskiego uznano za skandaliczne, bo za katastrofę uznał on nie wyłącznie wojnę i popełnione przez Niemców zbrodnie w Polsce, ale także trudny proces polsko-niemieckiego pojednania zapoczątkowany w latach 60. przez Kościoły oraz niemiecką pomoc podczas negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej